wtorek, 30 kwietnia 2013

Ceny

Dla wszystkich zainteresowanych cenami w Moskwie, bo:
- podobno to najdroższe miasto na świecie,
- kolega opowiadał, że trzeba godzinę jechać za miasto, by wypić tanie piwo za 20 zł,
- planują tu wakacje,
- twierdzą, że umrzemy z głodu podczas stypendium.

Pokażę Wam przykładowe zakupy, a wnioski wyciągniecie sami. Oto rezultaty sobotniego wyjścia na dzielnię:

  1. Na pierwszy ogień poszedł Aszan. Faktycznie jest tam trochę taniej, niż w małych marketach czy sieciowym Pierekrostku, ale trzeba przygotować się hałas, tłok i kolejki do kas. Raz w tygodniu można się poświęcić;). Kupuję tam przede wszystkim suchą karmę (kasze, makarony, owsianki) i mrożonki. Mają też dobre i tanie warzywa w puszkach (np. biała fasola w sosie pomidorowym). I półbagietki po 7 rubli. Niestety szybko czerstwieją, ale przynajmniej smakują jak prawdziwe pieczywo, a nie jak słodko-nijaka, wilgotna i z gumową skórką bułka w kształcie bochenka, tu nazywana chlebem. 
    Za zakupy w Aszanie zapłaciłam 483 ruble
  2. Następny punkt programu - mięsny. Kupiłam pierś z kurczaka w wersji burżujskiej (czyli u nas standardowej) po 189 rubli za kg (wersja zwykła, ze skórą i kośćmi - chyba 129 rubli) i nogę z kurczaka po 99 rubli za kg.
    Mięsny - 60 rubli
  3. Po drodze do akademika wstąpiłam do dyskontu Dixi po owoce. Oczywiście, są też w Aszanie, ale budzą we mnie coś w stylu obrzydzenia. Drogie, popsute, otoczone tłumem biegających ludzi... Jak im się chce codziennie walczyć o zgniłego kalafiora po 14 zł/sztuka? Mi się nie chce :) Jabłka i pomarańcze kosztowały chyba po 39 rubli za kg.
    Diksi - 20 rubli
Mogę jeszcze dodać, że najtańsze jabłka (sezonowe) kupiłam kiedyś na promocji w Dixi za 29 rubli, a średnie ceny na bardziej konkretne gatunki wahają się od 50 do 100 rubli za kg. Aszan wypada tanio głównie dzięki produktom marki własnej Każdego dnia, dlatego czasem nasze zakupy wyglądają tak:

To tyle krótkiego przeglądu cen i zakupów. Jeśli interesują Was bardziej konkretne informacje na temat danego produktu, to dajcie znać :)
Klara
 


poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Wisła raz jeszcze

Projekcje filmów podczas tegorocznego festiwalu "Wisła" odbywały się w dwóch kinach: Chudożestwiennyj na Arbacie (zdecydowana większość) i Iluzjon (retrospektywa filmów Koterskiego). Obawiałam się, że w Iluzjonie wynudzimy się podczas dyżurów, nie będzie co robić, nie będzie widzów, nie będzie niczego ;). Z perspektywy czasu muszę stwierdzić, że godziny spędzone w Iluzjonie plasują się w czołówce fajnych momentów festiwalu, zaraz po ceremonii otwarcia i "Sępie".

Kino znajduje się w jednej ze stalińskich wysotek (takie trochę mniej szare i trochę większe Pałace Kultury i Nauki) w pięknej okolicy. Pierwszy raz w Moskwie znalazłam się nie w otoczeniu przytłaczającej kilkunastopiętrowej wielkiej płyty, a normalnych, murowanych (czasem z drewnianą nadbudówką) domów i kamieniczek. Po sąsiedzku można znaleźć budynki mieszkalne, wzniesione za Stalina, tzw. stalinki (3-4 piętra, wysokie sufity, duże mieszkania, fasady ozdobione płaskorzeźbami i innymi stiukami - coś podobnego można zobaczyć przy Placu Centralnym w Nowej Hucie). 

Dzielnica zdecydowanie warta ponownego odwiedzenia - 17 minut marszu i 40 minut w metrze to pestka, jeśli dzięki temu można się w końcu poczuć jak w Europie! 

Wróćmy do Iluzjonu - w kinie jest tylko jedna sala, na 220 osób, a wyświetlane są najczęściej stare filmy (choć nie tylko, można obejrzeć tu również filmy w 3D). Można także zamówić sobie pokaz konkretnego (starego) filmu. Od razu mi się przypomniało, jak w liceum chodziliśmy do Kina Kijów na "Człowieka z żelaza" i "Kanał" :)

Na "Dzień świra" przyszło sporo widzów i wyszli zadowoleni. W czasie samego pokazu rzadko kiedy milkły śmiechy na sali. My też oglądałyśmy, bo po wpuszczeniu wszystkich na salę nie miałyśmy nic innego do roboty. Pan ochroniarz też zasługuje na wzmiankę - bardzo miły i sympatyczny człowiek, proponował nam kawkę-herbatke i opowiadał historię kina.

Festiwal już się zakończył, Białego Słonia dostała "Obława".
Pozdrawiam,
Klara :)

wtorek, 23 kwietnia 2013

Płynie Wisła, płynie po ruskiej krainie!

I trochę mnie zalała-zatopiła, a zwłaszcza mój wolny czas i nie miałam siły na bieżąco Was informować o tym, co dzieje się na festiwalu. Dostajecie więc dziś podsumowanie pierwszych sześciu dni imprezy!

Mowa o 6 Festiwalu Filmów Polskich w Rosji "Wisła", który odbywa się w Moskwie w dniach 18-28 kwietnia. Dokładniejsze informacje, harmonogramy, listę filmów, aktorów, reżyserów i te de możecie znaleźć na tej stronie. Ja serwuję wieści zza kulis ;)
W każdym razie - impreza zacna, finansowana przez polskie Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego i Ministerstwo Spraw Zagranicznych i rosyjskie Ministerstwo Kultury. Główni sponsorzy to Bella Wschód i KGHM Polska Miedź. Filmy prezentowane są w kilku sekcjach: konkursowa (13 filmów, np. Jesteś Bogiem, Pokłosie, Obława, Mój rower, Sponsoring...), panorama polskiego kina (7), gwiazdy polskiego kina (2 filmy z Mikulskim), retrospektywa filmów Marka Koterskiego (6) i trzy zestawy filmów krótkometrażowych. 

Aha, nie wspomniałam jeszcze, że pracuję tu jako wolontariusz. W środę mieliśmy ekspresowe spotkanie organizacyjne, na którym jednak nie zostały podniesione sprawy organizacyjne, bo wszystko było płynne i miało wyjść w praniu. Dostaliśmy tylko akredytacje, upoważniające do wejścia na każdy seans, i koszulki, których Lagerfeld by się nie powstydził ;) Całe szczęście, że były w czterech rozmiarach (choć na XL było mało chętnych;).

Na czwartkową imprezę otwarcia wejść można było tylko z zaproszeniem, ale rozdano ich bardzo dużo (główna sala w kinie Chudożestwiennyj mieści 600 osób, zaproszeń rozdano sporo więcej). Na początku naszym zadaniem było ochranianie stołów z poczęstunkiem przed dewastacją. I tu niestety muszę zaznaczyć, że ludzie bywają okropnie chamscy i chciwi, a przecież to nie była łapanka z ulicy, tylko zaproszeni goście... Niektórzy na godzinę przed rozpoczęciem imprezy ustawiali się przy stołach, by zająć sobie lepszą pozycję startową do sałatek, cukierków, wina i pasztecików. Niektórzy otwarcie mówili, że przyszli tylko coś zjeść, a potem wracają do domu, bo kino jako takie ich nie interesuje. Na szczęście nie byłam świadkiem tego szturmu, oddelegowano mnie do sali kinowej. Nie widziałam więc na własne oczy ludzi pakujących sobie bułeczki do siatek, czy biorących od razu po pięć kieliszków, ale nie trudno mi w to uwierzyć. 

Widziałam za to całą ceremonię rozpoczęcia festiwalu i koncert Akademickiej Orkiestry Rosyjskich Instrumentów Ludowych. Razem z koleżanką miałyśmy pilnować, by pierwsze 4 rzędy foteli pozostały puste, a potem wpuścić na nie oficjalną delegację. Spoko, tylko że nikt nam nie powiedział, jak wygląda ta oficjalna delegacja ;D Na szczęście wszyscy ważni goście się pomieścili, choć trzeba było niektórych ludzi zatrzymywać siłą, rozpychać się słowem i łokciami. Cóż, czasami moja wrodzona nieuprzejmość się przydaje ;D



Filmu otwarcia "Hans Kloss. Stawka większa niż śmierć" obejrzałam początek i koniec. W międzyczasie wyszłam do holu sprawdzić, czy nie trzeba pomóc przy przygotowywaniu bankietu pofilmowego. Na szczęście nie było takiej potrzeby, za to babeczka dyrygująca cateringiem wysłała mnie do kanciapy, gdzie był zostawiony posiłek dla wolontariuszy. Albo raczej poczęstunek - część z tych rzeczy, które miały wziąć udział w drugim bankiecie: słone paszteciki, różnego rodzaju roladki i zawijaski z łososiem, bakłażanem, ptysie, serniki, szarlotki, makowce... a wszystko podobno przywiezione z Polski. 

Za chwilę wpadła do kanciapy babeczka i pyta, czy się wzmocniłyśmy i możemy wracać do pilnowania stołów. Czy nie chcemy przypadkiem soku? Albo wódeczki? My w śmiech, a ona wyciąga z kartonu żubrówkę (wódkę tez serwowano polską, kilka kartonów różnych smakowych alko poszło podczas imprezy) i plastikowe kieliszki i zaczyna nam je rozdawać. Polała raz, pyta: to co, już wam lepiej? To teraz na drugą nóżkę! 

Przed rozpoczęciem była trochę zestresowana i prawie nas musztrowała, później wyraźnie spuściła z tonu i sama przyznała, że jest już po 4 kieliszkach, więc żeby się na nią nie obrażać ;) W każdym razie dała nam skrzynkę ptasiego mleczka i tacę ciasta, żebyśmy nie musiały ściągać ze stołów.  




W piątek był pierwszy dzień otwarty dla wszystkich chętnych, miałyśmy dyżur i rozdawałyśmy darmowe bilety studentom i emerytom. Też zdarzały się różne sytuacje, miłe i mniej, w każdym razie strasznie mnie zmęczyły te dwie godziny. Dodatkowo stresował nas pan z kamerą z TVP Kultura ;) A jedna pani usilnie chciała mnie przekonać, że ona świetnie zna kinematografię polską, w młodości znała wiele filmów prawie na pamięć, a Hans Kloss grał w Czterech pancernych. Zdarza się ;D 

Po dyżurze obejrzałyśmy film "80 milionów", który spotkał się z bardzo ciepłym przyjęciem rosyjskiej publiczności. A wczoraj byłam na "Sępie"; podczas projekcji ludzie zaczęli nagle gwizdać i krzyczeć. Nie wiedziałam, o co im chodzi, a tu wyłączyły się napisy rosyjskie. Ktoś z widowni krzyknął: bez tłumaczenia mamy oglądać?! A było to w jednym z ważniejszych momentów filmu. Na szczęścia za chwilę wszystko wróciło do normy.

Generalnie dużo się działo i dzieje, ale wszystkiego nie da się opisać;)
Pozdrawiam,
Klara
   

wtorek, 16 kwietnia 2013

Stara Scena w Teatrze Wielkim



Nie byłyśmy pewne, czy uda się nam tak łatwo dostać na główną scenę w Wielkim. Wybrałyśmy się w piątek na operę Glinki Rusłan i Ludmiła. Przyszłyśmy pod kasy koło godziny 13, już było sporo osób zapisanych. Poczekałyśmy mniej więcej 20 minut i przekazałyśmy listę dalej. Za to co się działo przed otwarciem kas…


Okazało się, że listy „zaginęły”, bo najprawdopodobniej ktoś się już nie zmieścił w 60. Grupka dziewczyn twierdziła, że zostawiły listę w drzwiach, a jak wróciły to już ją ktoś zerwał… tylko że nikt im nie uwierzył, zwłaszcza że zrobiły nową listę i siebie wpisały na samym początku. Oj, czterdzieści minut dyskusji, przepychanek, ustalania, która lista obowiązuje i czy w ogóle obowiązuje, czy kto pierwszy ten lepszy. A wszystko przy wrzaskach gburowatego ochroniarza. Dziwię się tym dziewczynom, szkoda psuć krwi sobie i innym dla głupich biletów, ale cóż.

A teraz o samej operze. Już przy zapisywaniu się na listę spotkałyśmy się ze skrajnymi opiniami. Jeden facet twierdził, że spektakl świetny, był na nim dwa razy (choć do tej pory tylko 12 razy wystawiano Rusłana i Ludmiłę w tej aranżacji). Asia, która zapisywała się na Nową Scenę, prawie błagała nas, żebyśmy na tą operę nie szły, bo zrazimy się do Teatru Wielkiego. Po kilku minutach przyszła raz jeszcze, pytając jak długo zostajemy w Moskwie i proponując inne spektakle, bylebyśmy zrezygnowały z Rusłana :)




Na jaskółce w teatrze siedzieli właściwie sami studenci i emeryci. Wielu studentów było zachwyconych, a emerytów – zbulwersowanych. Jedno jest pewne – spektakl nie pozostawił nikogo obojętnym ;D Była to nowoczesna interpretacja klasycznego dzieła, przez wielu uznana za parodię, morderstwo, skandal (cytaty z widowni). Oburzenie wywołało też to, że opera wystawiana jest w Wielkim – świątyni sztuki, ostoi tradycji narodowych, a po scenie chodzi facet w dżinsach i z piwem w ręce. Roznegliżowane panie i Prawie Hardkorowy Koksu  wywołali za to salwy śmiechu. Wielu ludzi wyszło wcześniej, po zakończeniu jedna babka stwierdziła, że powinni pomnik wystawić tym, którzy wysiedzieli do końca.

Najbardziej spodobał mi się komentarz jednej pani, siedzącej obok Julii: kto to wyreżyserował? Czerniakow? Zapamiętaj to nazwisko! Żeby był impotentem do końca życia!

Osobiście nie czuję się zgorszona, nie jestem jakoś duchowo związana z tradycją Teatru Wielkiego, ale przyznam, że momentami mocno się nudziłam – 4 godziny i 15 minut to jednak sporo. Nie wiem, czy takie było założenie reżysera, ale chwilami to niezła komedia ;D  Aha, i lepiej ciepło się ubrać, bo klimatyzacja daje radę. 

Pozdr, Karr :)

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

ВДНХ i Dzień Kosmonautyki

Korzystając z wiosennej pogody, oślepiającego słońca i rocznicy lotu Gagarina wybrałyśmy się Ogólnorosyjskiego Centrum Wystawowego (wiem, głupio brzmi, ale taki jest dosłowny przekład). To coś w stylu olbrzymiego parku, w którym zamiast rabatek/pomników znajdują się pawilony wystawowe. Dawniej rolnicy z każdej sowieckiej republiki prezentowali tu swoje świnie, krowy i inne osiągnięcia. Teraz budynki są albo pozamykane, albo działają jako zwykłe sklepy w stylu gieesowskim,  małe, brudne, śmierdzące i z chińszczyzną. Mało jest pawilonów z towarami luksusowymi; w którymś można pooglądać rekiny, zrobić sobie zdjęcia z delfinami i inne takie, co kto lubi. Na każdym kroku można kupić watę cukrową, ustrzelić miśka na strzelnicy, pokręcić się na karuzeli, albo po prostu pospacerować.







fontanna "Przyjaźń narodów" jeszcze zamarznięta





Jak w całej Moskwie wre tam praca, miasto przygotowuje się do lata. Zaraz obok WDNCh znajduje się muzeum kosmonautyki. Trzeba przyznać, że jest ciekawie zrobione, nowocześnie i dzieciaki biegały po nim zachwycone. Mnie jakoś loty w kosmos nigdy szczególnie nie pociągały, więc samo muzeum też nie wywołało palpitacji serca, ale jeśli komuś marzy się kosmonauta, to polecam:)

Klara
  

Reserved

Obiecane info o LPP i o tym, jak sobie radzą na wschodzie. Nowo otwarty sklep na Twerskiej nie ustępuje innym markom: lokalizacja świetna, 5 minut od Placu Czerwonego, cztery poziomy (na dwóch - odzież dla kobiet, po jednym poziomie dla dzieci i facetów). Ceny chyba porównywalne do tych w Polsce, choć dawno nie robiłam tam zakupów. Na metkach tylko cena w rublach.
Klara

niedziela, 14 kwietnia 2013

Teatr Bolshoj – Nowa Scena



O Teatrze Wielkim słyszałyśmy legendy na długo przed przyjazdem. Dotyczyły one głównie kolejek po studenckie bilety, w których trzeba było spędzić kilka- lub kilkanaście godzin, a czasami całą noc. Już w Moskwie, po małym rekonesansie, okazało się co następuje: pula biletów dla studentów w cenie 100 rubli wydzielana jest na każdy spektakl, odbywający się w danym przybytku, także na występy gościnne, za wyjątkiem premier. Są to bilety na konkretne miejsca, tzw. niewygodne, z kiepską lub żadną widocznością sceny ;) Po rozpoczęciu spektaklu można się przesiąść na lepsze miejscówki, o ile pozostały wolne.

Teoretycznie jest ok. 30 miejsc na Nową i 60 na Starą Scenę. Pierwsza osoba, która danego dnia przyjdzie pod kasy, robi listę i czeka na kolejnego chętnego. Ten dopisuje do listy swoje nazwisko i czeka u kas, aż pojawi się następny student, zapisze się i zostanie na posterunku. W ten sposób lista przekazywana jest z rąk do rąk, jak pałeczka w sztafecie. Przy okazji nie trzeba spędzać kilku godzin przed kasami, w towarzystwie nie zawsze przyjaźnie nastawionej ochrony teatru.



Na Nową Scenę udało się nam łatwo wejść. Lista, a potem kolejka do kasy zadziałały sprawnie, obyło się bez przepychanek, a ochroniarz był tak ujmująco uprzejmy, że aż mnie to zaskoczyło. W tym miesiącu odbywa się w Bolszym festiwal z okazji 100-lecia Świętej Wiosny Strawińskiego. Poszłyśmy na występ Bejart Ballet z Lozanny, który prezentował cztery jednoaktowe spektakle.

Balet nowoczesny, w trykotach zamiast fruwających tiuli, z odtwarzaną muzyką (tylko ostatni spektakl z muzyką na żywo)… Nie sądziłam, że tak mi się spodoba! Co prawda z mojego miejsca siedzącego nie było widać sceny, ale wystarczyło się nachylić, a jeszcze lepiej – oprzeć głowę o miękko wyściełaną barierkę i można było komfortowych warunkach oglądać (lub spać).


Spektakle świetne, zwłaszcza Syncope i Święta Wiosna. Balet Bejart’a daje w sezonie średnio sto przedstawień dla 200 000 widzów, jeśli więc będziecie mieć kiedyś po drodze – polecam!

Pozdrawiam, Klara:)

piątek, 12 kwietnia 2013

Zapraszam do Instytutu



Dziś pokażę Wam Instytut Języka Rosyjskiego im. Puszkina. Zdjęcia zaśnieżone, jeszcze z marca. To duże, białe i koślawe to nasz akademik:)
Na pierwszym planie zaspa, dalej za samochodem wejście do Instytutu (a przy okazji do akademika). W środku zaraz za wejściem znajduje się administracja i stanowisko ochrony, przy którym powinniśmy się za każdym razem wylegitymować. Jeśli ktoś nie posiada legitki Instytutu to (sorry Winnetou) nawet nie ma prawa wejść na stołówkę (choć wątpię, czy ktoś miałby na to ochotę;) czy na wykład. Tu chyba nie istnieje takie pojęcie, jak wolny słuchacz”.  

Ta niższa część z mozaikami (czy co to tam jest, nie pamiętam) to właśnie przełączka między budynkami Instytutu, a więc salami zajęciowymi, aulami, niezliczonymi gabinetami wykładowców, kierowników, księgowych itd., biblioteką i czytelnią.... 
... między Instytutem, akademikiem i stołówką. 
Ta niska biała przybudówka za autobusem to właśnie stołówka, w prawym górnym akademik.
Parter akademika
 Pozdrawiam, Klara

środa, 10 kwietnia 2013

Jezioro łabędzie

Ostatnio udało się nam wejść do Muzycznego Teatru Dziecięcego na Jezioro łabędzie. Babeczka prowadząca zajęcia w jednej z polskich grup przekazała informację, że mamy wstęp za darmo. Akurat tego dnia skończyłyśmy ruski dość późno, zanim się dowlekliśmy do metra na Bieljajewo (co było głupim wyborem) i dojechaliśmy na stację docelową z dwoma przesiadkami po drodze to była już 18. Zwątpiliśmy w to, że wejdziemy na widownię, ale poszliśmy pod teatr z ciekawości i żeby na przyszłość wiedzieć, gdzie on się znajduje. 

Przed wejściem spotkaliśmy dziewczyny, które przyszły parę minut przed nami. Powiedziano im, że administratorka poszła już na spektakl i nas nie wpuszczą. Ale pod teatr przychodziły spóźnione rodziny i jakoś ich przepuszczali... Karolina postanowiła spróbować jeszcze raz. Akurat wróciła pani administrator i w tym całym zamieszaniu wpuściła nas na widownię, nawet nie sprawdzając legitymacji studenckich. Chyba nawet nie bardzo się orientowała, z jakiego Instytutu jesteśmy i kto nam obiecał bezpłatny wstęp ;)



A balet? Świetny, mimo że nie zdążyliśmy na pierwszą scenę. Miejsca mieliśmy bardzo dobre, siedziałam na balkonie, więc widziałam wszystko. Niektórzy tancerze to naprawdę zdolne sztuki!

Wracaliśmy na nogach do akademika (teatr znajduje się przy sąsiedniej linii metra) i wcale nie wyszło nam to dużo dłużej niż jazda metrem naokoło ;)

Klara ukulturalniona